Od powietrza, głodu, ognia i wojny Wybaw nas Panie!

przez | 10 marca 2020

 

O to, jak powinien zachowywać się katolik w czasach epidemii, zapytaliśmy dwóch kapłanów: ks. prof. Janusza Królikowskiego – dziekana Wydziału Teologicznego UPJPII Sekcja w Tarnowie i ks. dr. Janusza Chyłę – adiunkta na Wydziale Teologicznym UMK w Toruniu.

Czy świat oszalał?
Mówi się, że jak na razie wszyscy na koronawirusie tracą, a największą korzyść mają media, które zarabiają na napędzaniu paniki. Bez względu jednak na to, jak potoczy się historia, dla ludzi wierzących ważne są fundamenty, czyli ufność w Bożą opiekę i przekonanie, że kiedy źle się dzieje, ratują nas nie tylko laboratoria naukowe, ale w równej mierze modlitwa…

Katarzyna Woynarowska: We Włoszech zamykane są kościoły, biskupi zalecają opróżnianie kropielnic z wody święconej i zakazują przekazywania sobie znaku pokoju przez uścisk ręki. Czy wyobraża sobie Ksiądz podobną sytuację w Polsce?

Ks. dr Janusz Chyła: – Uważam, że zamykanie kościołów i uniemożliwienie przystępowania do sakramentów jest odcięciem ludzi od źródła nadziei. Wiara podpowiada potrzebę ufności w moc Bożą. W historii były epidemie, które – jak wierzymy – dzięki modlitwie zostały zatrzymane. Dodam, że jako kapłan mam być do dyspozycji wszystkich. Jeśli zajdzie taka potrzeba, to nie powinienem szczędzić własnego zdrowia i życia.

Zdaje się, że stara zasada: jak trwoga, to do Boga, sprawdza się również w czasach naznaczonych laicyzacją. Czy paradoksalnie koronawirus może spowodować, że wielu ludzi odnajdzie znów wiarę?

Ks. prof. Janusz Królikowski: To nie tylko zasada, ale też ludzkie doświadczenie, i to bardzo powszechne. Można by powiedzieć za św. Piotrem: „Panie, do kogóż pójdziemy?” (J 6, 68), w tej konkretnej sytuacji. Nie każdy problem, który pojawia się w ludzkim życiu, może być rozwiązany wyłącznie naturalnymi środkami. Potrzebujemy odwołania się do Boga, wstawiennictwa Matki Bożej i świętych, oparcia się na wspólnocie modlitwy. Na pewno trudne, a nawet dramatyczne doświadczenia mogą się stać okazją do pomyślenia o Bogu, także do powrotu do Niego. Trzeba jednak pamiętać, że ten powrót potem musi zostać pogłębiony, oparty na tym, co zasadnicze, czyli na wierze, nawróceniu i łasce. Bez tego stanie się tylko porywem chwili. Nie wydaje mi się jednak, żeby koronawirus stał się powodem powszechnego nawrócenia. Na ogół jest tak, że ludzie pobożni w każdych okolicznościach, także dramatycznych, odkrywają drogę do Boga, a ludzie małej wiary robią Mu wyrzuty i pytają, dlaczego znowu coś nas dotyka.

Uważa się, że w sytuacji epidemii pomoc nadejdzie tylko ze strony nauki. W mediach aż huczy od informacji, które laboratorium jako pierwsze opracuje szczepionkę. Mało mówi się natomiast o wzmożonych modlitwach. Straciliśmy wyczucie, że jedno bez drugiego nie ma sensu?

Ks. J. Ch.: Wiara musi iść w parze z rozumem. Dobrze, gdy rozum idzie też w parze z wiarą. Oddzielanie ich od siebie jest szkodliwe. Mamy się troszczyć o długość i jakość życia, ale co to za troska, która nie uwzględnia życia duchowego – zbawienia wiecznego? Być może obecna sytuacja jest dla świata szansą odrobienia lekcji pokory, są bowiem sprawy, które wymykają się ludzkiej kontroli. Obok zaangażowania nauki widzę potrzebę wezwania do gorliwej modlitwy.

Czy wobec tego śpiewanie suplikacji może być bronią przeciwko koronawirusowi? A przy okazji – prosimy o przypomnienie, czym są suplikacje…

Ks. J. K.: Suplikacje to modlitwa, która z pewnym naciskiem wyraża prośbę o pomoc od Boga w sytuacji szczególnie trudnej, gdy żadne ludzkie siły nie są w stanie zahamować jakiegoś zła: ognia, wody, czyli klęsk żywiołowych, ale i zarazy czy wojny. Z naszych doświadczeń duchowo-historycznych jednoznacznie wynika, że ma to głęboki sens i jest skuteczne. Wierzymy przecież w działanie Boga w ludzkich dziejach. Wcielenie Syna Bożego było dogłębnym wejściem w ciało i dzieje ludzkości, dlaczego by więc nie mogło się dokonać w tych momentach, gdy o to prosimy. Niestety, ten wymiar wiary znacząco osłabł w naszych czasach, w związku z tym bardziej ufamy ludzkim zabiegom, np. medycznym, niż działaniu Boga.

Czy w takim razie człowiek wierzący może panikować? Bać się wirusa albo uważać go za karę Bożą?

Ks. J. K.: Panika nigdy nie jest dobrą reakcją. Łatwo jednak teoretyzować, gdy nie wiemy, jak się zachowamy w kryzysowych sytuacjach. Nas również może ogarnąć panika, mimo że wiemy, iż jest nieracjonalna. A co do drugiej części pytania – odpowiem, że trzeba zachowywać się mądrze i nie ulegać lękowi. Bać się należy jedynie utraty wiecznego zbawienia. Choroby to nie zemsta Boga na człowieku, ale mogą one być – podobnie jak inne formy cierpienia – konsekwencjami ludzkiego grzechu. Odrzucenie Bożego prawa zawsze jest krzywdzeniem siebie i innych. Ważne, że także wówczas Bóg jest naszym sprzymierzeńcem. Chce nas wyprowadzić ze stanu zagubienia i autodestrukcji. Na ziemi jesteśmy gościnnie. Nawet choroby mogą być dla nas szansą na ufne zwrócenie wzroku ku niebu.

Ks. J. Ch.: Wierzący nie powinien panikować, ale przede wszystkim powinien zastanowić się nad sobą, nad swoim stanem ducha. W 13. rozdziale Ewangelii według św. Łukasza Jezus mówi jednoznacznie: „(…) jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie” (w. 3). Bóg sądzi świat i człowieka w każdej chwili – sąd Boży jest faktem historycznym. My tylko nie potrafimy konkretnie połączyć takiego czy innego wydarzenia z Bożym sądem. Bóg w ten sposób mówi nam o podstawowej ludzkiej potrzebie – potrzebie nawrócenia. Bóg przemawia także przez takie znaki.

Za: Niedziela 10/2020